Witam bardzo serdecznie was wszystkich czytających. ;) Uznałam, że skoro na samym początku powiedziałam, że napiszę o moim pobycie w szpitalu, to to zrobię. To jest w sumie sprawozdanie z mojego (prawie) całego dnia.A więc, niecałe dwa tygodnie temu w szkole zostałam na SKS-ach (szkolne kółko sportowe). Zanim na szkolne boisko przyszła pani, my uznaliśmy, że sami pójdziemy, pogramy sobie w piłkę. Mój kolega stał na bramce, a ja też lubię bronić, pomimo tego, że nie potrafię, więc pytałam go czy mogę robić to za niego. Oczywiście się nie zgodził, więc ja jak to ja, można powiedzieć, że wepchałam się. Akurat strzelał kolega, który kopnięciem mógłby zabić (nie no bez przesady), ale kiedy wystawiłam rękę i dostałam tą piłką zdążyłam poczuć, że ręka mnie boli i zauważyć, że jednak nie wygląda tak jak powinna. Akurat na boisko szła odpowiedzialna za nas nauczycielka, więc podeszłam do niej mówiąc "proszę pani, boli mnie ręka (ciągle trochę zwijając się z bólu) proszę pani, ała, proszę pani" i tak ciągle.. ona miała mnie gdzieś i rozmawiała z kimś innym do momentu w którym nie pokazałam jej ręki. Poszła ze mną na ławkę, podłożyła dłoń pod moją rękę i pytała czy mnie to boli. Nagle powiedziała wszystkim, że musimy iść przed szkołę, bo ona ich samych nie zostawi, a musi mi usztywnić rękę. Poszłyśmy i dała mi kartonik, ponieważ ogólnie ręka mnie nie bolała jeśli tylko miałam ją usztywnioną. Usiadłam sobie przed szkołą, bo tam lepiej się oddychało, kiedy pani mnie zapytała, czy mam numer do taty. Musiałam oczywiście po niego zadzwonić (bo przecież po co zadzwonić po karetkę?). Okazało się, że tacie w samochodzie zepsuła się skrzynia biegów i zawiózł samochód do naprawy. Pożyczył samochód od wujka i w przeciągu 10 minut był już pod szkołą. Nie ukrywam, mieszkam na wiosce i do najbliższego szpitala miałam jakieś 25 km to prawie 30 minut jazdy. Kiedy dojechaliśmy do szpitala poszliśmy do rejestracji, gdzie pani powiedziała nam, ze musimy iść do gabinetu nr 5,ale zanim wejdziemy, spytać kto idzie ostatni, a my po nim powinniśmy pójść. No to poszliśmy. Kiedy wyszła pani, która miała być przed nami okazało się, ze teraz wchodzi ktoś inny. I tak było ciągle, a my przecież tylko czekaliśmy na skierowanie na zrobienie zdjęcia. A pierwszeństwo miały osoby ze zdjęciem. Kiedy weszliśmy my, spojrzałam przelotnie na zegarek. Kto nie byłby wkurzony wiedząc, że czekał 3 godziny tylko na skierowanie na zdjęcie? Przyjechaliśmy po 15 do szpitala a weszliśmy do gabinetu po 18. Tam lekarz sprawdzał w którym dokładnie miejscu miałam złamaną kość, a raczej kości, uciskając przy tym ciągle to samo miejsce, to które bolało. To chociaż rozumiem, przecież musiał wiedzieć, w którym miejscu nastawiać. Dali mi skierowanie, poszliśmy zrobić zdjęcie i musieliśmy wrócić. Ze zdjęciem czekaliśmy już jakieś 20 minut. Doktor w środku spytał czy chcę, żeby mi nastawili rękę od razu, bez znieczulenia, że chwilowo poczułabym ból, ale za to od razu wróciłabym do domu, czy żeby mnie uśpili, ale musiałabym zostać na jedną noc. Oczywiście wybrałam tę drugą opcję. Dali tacie co najmniej 6 kartek do wypełnienia (o której godzinie jadłam, piłam, czy nie jestem na coś chora, po to, żeby nie zaszkodził mi środek usypiający). Kiedy tata to uzupełniał mi pielęgniarka założyła wenflon. Wróciłam do taty, żeby mu pomóc. Kiedy skończył mieliśmy zanieść to jakieś pielęgniarce. Zapukaliśmy do takiego pokoiku, w którym siedziało ich chyba co najmniej cztery. Tata chciał jednej dać te papiery, powiedziała, żebyśmy poczekali chwilę, po czym zamknęła drzwi i zaczęły wszystkie ze sobą rozmawiać, śmiać się, a my czekaliśmy na korytarzyku, bo przecież nawet nikt mi nie powiedział do którego pokoju mogę pójść, bo po co? Kiedy zauważyłam, że wstała powiedziałam to tacie. Okazało się jednak, że wzięła torebkę, jakiegoś kwiatka i wyszła. No wtedy to już po prostu zaczęliśmy się z tatą śmiać, bo przecież co innego w takiej sytuacji zrobisz? Nie zaczniesz się drzeć, żeby wróciła. Po jakichś 10-ciu minutach przyszła do nas jakaś inna pielęgniarka i się nami zajęła. Powiedziała, do którego pokoju mam iść. Poszliśmy. Tata został ze mną jeszcze jakiś czas, ale jako, że on musi brać tabletki i nie był jeszcze swoim autem, to musiał pojechać. Poleżałam sobie może pół godziny? Przyszła po mnie jedna lekarka, która miała między innymi mnie operować, mówiąc, że mam już iść. Kiedy mnie wieźli miała pretensje, ze tata już pojechał, a potem mówiła, że nie ma jednego z papierów i tak leżałam, leżałam. Nagle się okazało, że go ma. Operacja skończyła się po 22. Rano dostałam śniadanie - bułkę z masłem. Musiałam czekać, aż przyjedzie mój tata, żeby mi ją posmarował, bo jak ja miałam zrobić to jedną ręką? Rano lekarz powiedział mi, że mogę już dzisiaj wrócić do domu. Kiedy przyjechał tata poszedł zapytać kogoś o wypis, powiedzieli mu, że wypisy dają o godzinie 14. Była 10. Mój kochany tatuś poszedł się zapytać lekarza, który mnie operował, czy moglibyśmy dostać wypis wcześniej, to z ledwością się zgodził. Ale się udało. Jako, że jeszcze do cioci pojechaliśmy to w domu byliśmy po 12. Nigdy nie sądziłam, że mój dzień w szpitalu może być tak okropny. Przynajmniej wiedziałam, żeby nie pić i nie jeść. Pewnie wtedy bym została na dwie noce w szpitalu.
Nie wiem. To była jakaś masakra, teraz przynajmniej cieszę się, że mam to z głowy.
Ciekawe, czy ktoś z was dotrwał do tego momentu. ;) Jeżeli tak, mam nadzieję, że doceniacie to, że tak dużo napisałam, bo robię to jedną ręką i jest na prawdę ciężko.
A więc papa. ;)
Ale historia o.O współczuję Ci
OdpowiedzUsuńsama sobie współczułam. xd ale dzięki. ;)
Usuń